| Ratuje telefon komórkowy ? |
|
... dobrowolnie przyrzekam pod słowem honoru, że póki zdrów będę na każde wezwanie Naczelnika... bez względu na porę roku, dnia i stan pogody - stawię się... i udam się w góry celem niesienia pomocy ludziom jej potrzebującym. (fragment ratowniczego przyrzeczenia)
We wtorek 18 lutego 1997, od godziny 21.oo dwudziestu pięciu ratowników Grupy Bieszczadzkiej Górskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego, brało udział w wielogodzinnej akcji poszukiwawczej, tym razem w paśmie Bukowicy w Beskidzie Niskim. Była to trzecia trudna akcja na przestrzeni tygodnia. Dwie poprzednie miały miejsce w Bieszczadach. Jedna, po nocnych przeszukiwaniach Połoniny Wetlińskiej, zakończyła się rano transportem, przy pomocy śmigłowca, 19-letniej turystki do szpitala. Druga, to odnalezienie w nocy na Szerokim Wierchu, i sprowadzenie do Ustrzyk G. dwu młodych turystów, którzy nie utrzymali tempa swojej grupy wycieczkowej i... zostali pozostawieni w górach !W Rymanowie Zdroju przebywał na wypoczynku 38-letni Waldemar W. z Warszawy. We wtorek wyszedł ok. 10.30 z Komańczy czerwonym szlakiem, na nartach śladowych, z zamiarem dotarcia do Puław Górnych (Rymanowa ?). Później wyjaśniał, iż dotarł do Komańczy z niezawinionym opóźnieniem. W dzień panowały znośne warunki atmosferyczne, była dobra widoczność, temperatura około minus 2 stopnie Celcjusza, wędrówkę utrudniał jednak silny wiatr. Miał ze sobą śpiwór, jedzenie, latarkę i telefon komórkowy. Wieczorem, tym telefonem zawiadomił rodzinę w Warszawie (nie mógł połączyć się z Rymanowem), że jest wyczerpany po przejściu kilku jarów w głębokim śniegu, zbłądził, i nie będzie w tym stanie kontunuować marszruty. Zapadła noc, nie wie gdzie się znajduje, wobec czego prosi o pomoc GOPR-u. Po przyjęciu zgłoszenia z Warszawy, ratownik dyżurny Centrali GOPR w Sanoku, powiadamia Naczelnika i zaczyna ogranizować wyprawę. Poszukiwany, dysponując już numerem telefonu (0-137 4632204) połączył się z Centralą GOPR w Sanoku, nie potrafił jednak, nawet w przybliżeniu, określić miejsca gdzie się znajduje "na jakimś wierzchołku w lesie", podał, że wędrując około godz. 16.oo, widział ze szczytu (Tokarnia 777 m.) po swojej prawej stronie wyciąg narciarski. Jechał na nartach jeszcze 1,5 godz., później kluczył około 1,5 godziny. Obecnie nie ma już sił na kontynuowanie marszu, jest ciemno a jego latarka świeci b. słabo. Informuje, że będzie czekał w jednym miejscu. Z Centrali w Sanoku UAZ-em, tzw."blaszanką", zabierając sprzęt, wyrusza grupa ratowników : S. Kopka (rat. zawodowy), M. Kwasiżur, J. Bujwid (rat. zawodowy) i A. Wolański. Docierają samochodem powyżej wsi Tokarnia, pod grzbiet Bukowicy. Trzech ratowników tworzących patrol nr 1, ok. 22.3o udaje się na grzbiet, którym biegnie czerwony letni szlak turystyczny. Dysponują nartami patrolowymi z tzw. fokami (naklejone na ślizgi nart, obecnie z tworzywa, umożliwiają łatwe podchodzenie), radiotelefonem, rakietnicą, apteczką i innym sprzętem specjalistycznym. Po osiągnięciu grzbietu, dostrzegają ślady nart i podążają za nimi w kierunku Puław. Zalesienie trasy, ciemności, a także częściowo zawiane śniegiem ślady, nie ułatwiały poszukiwań. Pogoda pogarszała się. Spadała tempetatura, nadal wiał silny wiatr, zaczynał padać śnieg. W tym czasie samochodem "Niva", Naczelnik Adam Górka (rat. zawodowy) wraz z ratownikami: L. Berezką (rat. zawodowy), T. Stasiowskim i kandydatem A. Szczurkiem, dojechali do Górnych Puław. Równolegle Kierownik Sekcji Krosno Mieczysław Krukar z Posady Gornej koło Rymanowa Zdroju, powiadomiony przez Centralę w Sanoku, od 20.45 rozpoczął telefonicznie wzywanie członków Sekcji na wyprawę. Od godz. 21.40 na miejsce zbiórki stawiali się ratownicy. W pierwszym rzucie, do Puław Górnych na wyznaczone przez Naczelnika miejsce, dotarli dwoma samochodmi: T. Krawiec, J. Wojnar, St. Gołąbek z psem "Bemem", a z Dukli W. Olszewski z kandydatem A. Zielińskim. Razem z ratownikami z Sanoka, których przywiozła "Niva" tworzyli patrol nr 2 i wyszli ok. godz. 23.oo w kierunku pasma Bukowicy, najpierw do miejsca zbiegu szlaków czerwonego i zielonego, poszukując śladów. Patrol, oprócz radiotelefonów, dysponował rakietnicą oraz telefonem komórkowym. Pieszo przemierzył trasę, która była dość twarda. Na zmrożonym śniegu poruszali się dość szybko, w lesie miejscami zapadając się powyżej kolan. Naczelnik Grupy, koordynuje działanie patroli w terenie, utzymując łączność przy pomocy mocniejszej radiostacji w jaką jest wyposażona terenowa "Niva". Pozostałych ośmiu ratowników zebranych w Posadzie, po 23.oo dojeżdża dwoma autami do Puław G., gdzie spotykają się z Naczelnikiem, oddając się do jego dyspozycji. Z komunikatów przekazywanych radiotelefonami wiemy, iż grupy spotkały ślady nart i butów, ale nie potrafią określić czy są one świeże czy stare, czy należeć mogą do poszukiwanego. Niestety, okazuje się, że nie jest możliwa bezpośrednia łączność pomiędzy telefonami komórkowymi ?! Poszukiwany może połączyć się z Centralą GOPR w Sanoku, gdzie ratownik dyżurny przyjmuje informacje i przekazuje je radiotelefonicznie do patroli. Wie również, że po zauważeniu światła rakiety, lub usłyszeniu wystrzału, ma połączyć się z Centralą. Patrole co pewien czas sygnalizują swoję obecność na Bukowicy wystrzałami z rakietnic. Od godz. 1.oo (środa) coraz intensywniej zaczyna padać śnieg. Jeden z mniej doświadczonych kolegów, wobec przemoczenia butów i ubrania, wycofuje się z akcji. Naczelnik poleca mu powrót do Puław G., gdzie będzie oczekiwał na powrót patroli. Wobec prawdopodobieństwa, że poszukiwany może znajdować się, równie dobrze, po południo-zachodniej stronie pasma Bukowicy, Naczelnik z ratownikami "Niwą" oraz drugim samochodem (prywatny Fiat 125p), jadą przez Szklary do Darowa, gdzie zamierzają sprawdzić szlak zielony (Darów - Skibce) oraz drogę, tzw. stokówkę, biegnącą z Darowa wzdłuż Bukowicy do Wisłoka W. Droga, już za Królikiem, jest zalodzona i coraz bardziej zawiewana śniegiem. Powyżej serpentyn utknął na podjeździe "łamaniec". Jadący za "Niwą", Fiat-125p ma problemy na śliskim podjeździe na Szklarską Górę. Dociążenie tyłu, oraz pomoc kolegów z "Niwy", umożliwia dalszą jazdę. Jeszcze ostrożny zjazd i docieramy ok. 2.oo do Jaślisk. Droga do Darowa jest odśnieżona, o czym wiemy od patrolu Straży Granicznej z Jaślisk (Land Rover), z którym nawiązaliśmy rozmowę na szosie pod Jaśliskami. Obiecują, że włączą się z pomocą. Następny patrol nr 3 : M. Krukar, E. Marszałek, W. Goleniowski i W. Czado z radiotelefonem i dodatkowymi nabojami do rakietnic wyrusza z górnej części drogi (Darów - Skibce - Wisłok) w kierunku grani i szlaku zielonego. Kolejny patrol nr 4 : H. Owoc, A. Skibiński, G. Fic i W. Szarek, samochodem SG sprawdza dalszy odcinek drogi do jej obniżenia w dolinę Wisłoka. Sprawdza także ślady wychodzące z lasu w górnej części trasy. W Komańczy oczekują również na włączenie do akcji: J. Żak (rat. zawodowy), J. Seredyński, i kandydaci M. Muszyński, G. Mołczan). Planowano sprawdzenie żółtego szlaku z Wisłoka Wielkiego. O godz. 3.55 dociera do Naczelnika wiadomość o odnalezieniu w lesie poszukiwanego, przez pierwszy patrol wyposażony w narty z fokami. Wobec powyższego, zostają wycofane z akcji patrole nr 3 i 4, a grupa z Komańczy może już położyć się spać. Tak relacjonuje ostatnie ostatnie chwile przed odnalezieniem Waldemara W., Stefan Kopka, ratownik zawodowy, szef wyszkolenia Grupy : ...Idziemy stale śladami, które skręcają w prawo od czerwonego szlaku, ale jest coraz trudniej, zamieć zaciera ślady..., które gubimy po raz kolejny. Czujemy, że jest to rejon gdzie powinien znajdować się poszukiwany, bowiem ślady kluczą, raz są to ślady butów, innym razem nart... Zataczamy krąg, nie znajdujemy śladów, jeszcze jeden większy krąg... trafiamy wreszcie na ślad... Strzelamy kolejne rakiety... Wreszcie Centrala informuję, że poszukiwany usłyszał strzał, nie widział rakiety... Rozumujemy, że skoro tak, to powinien być od nas "z wiatrem". Po chwili... jest!!! Był w nienajgorszej kondycji... psychicznie podbudowany, bo jednak miał z nami łączność ... Musiał nas słyszeć, dochodziliśmy do niego z wiatrem... latarką dawał sygnały... Leżał w kiepskim miejscu, około 50 metrów od polany i wiejący wiatr dawał mu się we znaki. Gdyby zszedł trochę niżej... tam było już ciszej. Leżał w śpiworze, zdjął zmoczone buty. "No to już jestem uratowany..." - powiedział, jak doszliśmy do niego. Dostał gorącej herbaty, dwa worki grzewcze, jeden na piersi, drugi na nogi... Zapaliliśmy ognisko, ogrzali i trochę podsuszyli jego zamarznięte buty... Ubrał pożyczoną kurtkę puchową i rękawice. Rakietnicą naprowadziliśmy pieszy patrol i razem z poszkodowanym zeszliśmy do Puław Górnych. Samochód ratowników jadących do Krosna, odwozi odszukanego Waldemara W. na kwaterę w Rymanowie. Koniec akcji. Do "blaszanki" pakują się sanoczanie. Niva i Fiat z ratownikami wracają z Darowa, ok. 5.20 przejeżdżają ponownie drogą z Jaślisk przez Szklary do Rymanowa. Na zjeździe do Królika stojący "naczepowiec" blokuje przejazd dwóm autobusom PKS. Pług jadący z dołu omija przeszkodę. My, po chwilowym postoju docieramy szczęśliwie do Posady Górnej k. Rymanowa.
Zaczyna się nowy dzień. Świta. Około godz. 6.10 Naczelnik i pozostali ratownicy z Sanoka odjeżdżają z rejonu akcji do Centrali, gdzie złożą jeszcze sprzęt i formalnie zakończą akcję.Potem jeszcze żmudne wypełnianie "papierów". Koszty akcji obciążają budżet Grupy, a wydatkowane pieniądze muszą być starannie rozliczone. Ratownicy z Krosna i okolic przed 7.oo będą w domach, niektórzy pójdą do pracy, bo mimo przysługującego im zwolnienia, muszą pełnić obowiązki zawodowe. Dobrze, że bliska jest już data wyposażenia Grupy w nową łączność, zapewniająca lepsze "pokrycie" również Beskidu Niskiego. Okazało się po raz kolejny, że dotychczas używany sprzęt bywa zawodny w pewnych warunkach terenowych. W następnym dniu po zakończeniu akcji, Waldemar W. przyjechał do Centrali Grupy Bieszczadzkiej w Sanoku, aby podziękować za trud jaki podjęli ratownicy udzielając mu pomocy. Zastanówmy się jeszcze nad przyczynami zdarzenia. Turysta był sprawny fizycznie. Liczył się z możliwością zwichnięcia lub złamania nogi w tej samotnej zimowej wyprawie (telefon, śpiwór, latarka). Zdawał sobie sprawę, że za późno wyszedł na trasę. Jak sam zauważył, powinien jeszcze za dnia zejść jakimś szlakiem w dolinę, ale tego nie zrobił. Liczył, będąc ok. 16.oo na Tokarni, dojedzie do Puław przed zmrokiem. Znów się przeliczył. Potwierdza się opinia, że nie wolno, szczególnie w zimie, podejmować samotnych wypraw turystycznych. Chociaż współczesny człowiek, jak widać ostatnio, często ucieka z aglomeracji do natury, chce się z nią mierzyć. Przykłady pokazują, że nie dla wszystkich kończy się to szczęśliwie, nawet w górach takich jak Bieszczady czy Beskid Niski, które złośliwi nazywają "kapuścianymi". Również casus polarnika M. Kamińskiego, wyczynowego sportowca, to potwierdza i być może jest obecnie zachętą do zimowego mierzenia się z przyrodą ? Ale czy zawsze posiadamy odpowiednie doświadczenie i czy jesteśmy do tego należycie przygotowani ? Przykład polarnika pokazuje, że człowiek odpowiedzialny, podejmuje jednak trudną decyzję odwrotu, aby nie narażać w przyszłości innych ludzi. Relację przygotował Henryk Owoc Uwaga : Powyższy tekst został opublikowany w tygodniku NOWE PODKARPACIE, nr 4 z dnia 26 lutego 1997 |
| Ostatnia modyfikacja : 30 czerwca 1998 | Opracowanie : Tomasz Tymoteusz Owoc |